Pokazywanie postów oznaczonych etykietą expat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą expat. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 maja 2010

Fistaszki biznesowe: dystans władzy w Indiach

Założenie, że nasze własne wyobrażenie o otaczającym świecie i zasady postępowania mają charakter uniwersalny może okazać się błędne - szczególnie przy współpracy z Indiami.

Jednym z elementarnych aspektów odzwierciedlających różnice kulturowe jest dystans władzy. Chodzi tutaj przede wszystkim o relacje międzyludzkie, ich kształt i różnorodne aspekty, które mają szczególne zastosowanie w biznesie. Poniżej umieściłem tabelę, która trafnie definiuje różnice w podejściu do dystansu władzy.

Mały dystans władzy Duży dystans władzy
Dąży się do ograniczenia nierówności między ludźmi Akceptuje się i podtrzymuje nierównowagę w odniesieniu do władzy, pozycji społecznej i majątku
Hierarchia w organizacjach wynika z odgrywania różnych ról Hierarchia w organizacjach odzwierciedla nierówności między ludźmi na dolnych i na górnych szczeblach drabiny
Dążenie do decentralizacji Silna centralizacja
Niewielkie różnice w płacach między wysokimi i niskimi stanowiskami Duże różnice w płacach między wysokimi i niskimi stanowiskami
Podwładni oczekują od przełożonych konsultacji przy podejmowaniu decyzji Podwładni oczekują instrukcji od przełożonych
Idealnym przełożonym jest profesjonalny demokrata Idealnym przełożonym jest wielkoduszny autokrata lub dobrotliwy ojczulek
Rodzime teorie zarządzania podkreślają rolę pracowników, wszyscy powinni mieć równe prawa Rodzime teorie zarządzania podkreślają rolę przełożonych, sprawującym władzę należą się przywileje
Źródło: Encyklopedia Zarządzania, Justyna Bętkowska (http://mfiles.pl )

Istniejące badania nie potwierdzają większej efektywności związanej z niskim lub znaczącym dystansem władzy. Niemniej jednak należy zdawać sobie sprawę, iż na styku kultur o różnym poziomie dystansu władzy istnieje ogromne ryzyko niepowodzenia, konfliktów i goryczy związanej z nieudaną współpracą.

Według moich obserwacji, Indie charakteryzują się sporym, momentami ogromnym dystansem władzy. Objawia się on na dwóch kluczowych obszarach:

Relacje zawodowe
Od przełożonego oczekuje się podejmowania decyzji i wskazówek jak rozwiązać dany problem. Proaktywność ma niewielkie znaczenie, ponieważ szef i tak "wie lepiej". Z perspektywy współpracy, Polacy często przeżywają ogromne frustracje nie będąc w stanie osiągnąć zamierzonych celów w wyznaczonym czasie. Problemy zaczynają się od błahostek (patrz znaczenie słowa "yes" opisane tutaj), a kończą na wielomiesiecznych konfliktach, które niweczą szanse na wspólny sukces.

Jak sobie z tym radzić? Warto mieć zanadrzu wsparcie właściwej osoby, która pomoże rozwiązać problem. Czasami umieszczenie określonego nazwiska w kopii emaila potrafi czynić cuda. Im wyżej celuje się w hierarchii, tym lepiej. Nie pomoże oczywiście kopiowanie osoby, która nie "stoi" po Waszej stronie, choć znajduje się na bardzo wysokim szczeblu organizacyjnym. Wniosek: warto budować osobiste relacje z kluczowymi osobami.

Życie prywatne
Hierarchia w Indiach objawia się nie tylko na gruncie zawodowym. Wielu rodziców określa priorytety swoich dzieci do późnej starości. Aranżowane małżeństwa są nadal pozytywnie postrzegane przez większość społeczeństwa bez względu na wiek (kliknij tutaj aby dowiedzieć się więcej). Kolega z innej firmy wyznał mi przy drinku, że mimo iż jest 45 letnim managerem wysokiego szczebla, nadal całą pensję oddaje swojemu tacie, który wydziela środki dla jego żony i dzieci w miarę potrzeb. Przykłady tego typu mógłbym mnożyć w nieskończoność, ale nie o ilość tu chodzi. Należy mieć świadomość, iż mimo niezrozumiałych dla nas relacji rodzinnych większość mieszkańców Indii jest bardzo szczęśliwa i nie tęskni za bardziej europejskimi modelami współżycia.

Powodzenia!

czwartek, 22 kwietnia 2010

Ciarki na plecach

Trudno w to uwierzyć, ale spora część mieszkańców Indii ma głęboko zakorzenioną flegmatyczność, która objawia się w różnych sytuacjach. Jadąc z pracy do domu, często truchleję z przerażenia, widząc ludzi usuwających się w ostatniej chwili z drogi przed pędzącą ciężarówką, autobusem czy samochodem osobowym. Nie pomaga trąbienie, mruganie światłami. Cały czas ma się wrażenie, że kuszą los.

Oto przykład:


Speed rail India

Na przejeździe kolejowym, który codziennie mijam, scenki tego typu można kręcić regularnie. Włos się na głowie jeży, ciarki przechodzą po plecach, zimny pot człowieka oblewa, a oni jakby nigdy nic, ryzykują dalej....

piątek, 16 kwietnia 2010

Fistaszki biznesowe: różnica czasu

Indie mają jedną ciekawą przewagę nad krajami europejskimi. Kiedy mieszkańcy Europy zaczynają się budzić,  Indiach pracują już na pełnych obrotach. Kilkugodzinna różnica czasu daje ogromne poczucie komfortu.

Oni  tam na zachodzie jeszcze smacznie śpią (myślą sobie moi koledzy w Indiach), a my mamy czas, żeby ze wszystkim się spokojnie uporać. Kiedy będą nam przesyłali kolejne zadania, będziemy w domu spokojniutko odpoczywali po kolejnym dniu pracy.

Różnica czasu między Polską a Indiami wynosi 3,5 godziny w czasie letnim i odpowiednio 4,5 w czasie zimowym. Nie ukrywam, że jako mieszkańcowi Indii bardzo mi to odpowiada!

PS. Wszystkim zainteresowanym różnicami czasu polecam stronę World Time Zone

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Fistaszki biznesowe: odlatujemy z Indii

Publikacja tego posta przesunęła się z powodu tragedii lotniczej, która wydarzyła się w Smoleńsku, o czym pisałem tutaj.

W zeszłym tygodniu opisałem przylot do Indii (kliknij tutaj aby dowiedzieć się więcej).  Dziś napiszę o odlocie.

Opis będzie dotyczył większych lotnisk (Bombaj, Chennai, Bangalore). Na mniejszych lotniskach (typu Goa), procedury nie muszą być tak skomplikowane.

Zacznijmy od tego, że lotniska w Indiach strzeżone są przez wojsko. Może się zdarzyć, że kierowca zapomni w nocy wyłączyć długich świateł (na których jeździ się w Indiach prawie permanentnie, aby poprawić sobie widoczność). Wówczas Bogu ducha winny pasażer podziwia kilkunastominutową sprzeczkę między prowadzącym samochód a wojskiem. Jeden z moich odlotów z perypetiami wojskowymi opiszę już niedługo.

Wróćmy do tematu. W erze elektronicznych biletów rzadko zdarza się, że dysponuje się (jak jeszcze kilka lat temu) wydrukowanym biletem. W najlepszym wypadku ma się jakiś wydruk potwierdzenia lub samego emaila. Niektórzy korzystają z tzw check-in'u na telefon i... wtedy zaczynają się schody.

Potwierdzenie lotu: Do wnętrza budynku lotniska w Bangalore nie wpuszcza się osób bez ważnego biletu! Przed wejściem stoi wojskowy z obowiązkowym wąsem, który skrupulatnie sprawdza czy ma się jakieś potwierdzenie. Jeżeli go nie ma, pan żołnierz zajrzy do kartonu z niekończącymi się listami pasażerów. Zanim znajdzie obco brzmiące nazwisko Brzęczyszczykiewicz mija kilka, a czasami kilkanaście cennych minut.

Pieczątka na wydrukowanej w domu karcie pokładowej: Załóżmy jednak, że szczęśliwie udało się wejść na lotnisko. Jeżeli ma się wydrukowaną wcześniej kartę pokładową, można niesłusznie zakładać, że z bagażem podręcznym udaje się prosto do kontroli bezpieczeństwa. Nie w Indiach. Na karcie pokładowej musi być pieczątka przystawiona w okienku odprawy. Bez tego nie wpuszczą Cię na kontrolę bezpieczeństwa.

Etykietki do umieszczenia czerwonej pieczątki i alternatywnie nazwiska oraz adresu na wszystkich elementach bagażu podręcznego (łącznie z damskimi torebkami i pokrowcami na kamery czy aparaty): o tym za momencik.

Karteczka z informacjami dot. odlatującej osoby (departure card): pobiera się ją przy odprawie bagaży.

Ważna wiza: Po uzyskaniu karty pokładowej lub pieczątki na wydrukowanej własnym sumptem takowej karcie czas na kontrolę paszportu i karteczki zawierającej dane odlatującego. W razie przedłużenia sobie pobytu bez przedłużenia wizy (co często zdarza się odwiedzającym różnego rodzaju indyjskich guru lub zabieganym biznesmenom) może się okazać, że jednak nie odlecimy. Kolejnym krokiem jest pan sprawdzający czy jego poprzednik wbił do paszportu pieczątkę z datą odlotu.

Kontrola bezpieczeństwa: osobne kolejki dla pań i panów. Schody zaczynają się kiedy mąż stoi z żoną w damskiej kolejce pomagając jej przy bagażu podręcznym. Po przeskanowaniu bagaży należy pamiętać aby na wcześniej otrzymane etykietki z nazwiskiem i adresem (patrz powyżej) panowie wojskowi przybili czerwoną pieczątkę z datą. Bez takiej pieczątki nikt w Indiach nie wpuści was do samolotu.

I już po wszystkim! Jeśli nie zgubisz karteczek z czerwoną pieczątką przymocowanych do Twojego bagażu, bez problemu wpuszczą Cię do samolotu. Możesz odsapnąć i spokojnie napić się aromatycznej kawy.

Indyjskie lotniska zalecają zjawić się na trzy godziny przed odlotem. W rzeczywistości można przejść całą procedurę a kilkanaście lub kilkadziesiąt minut.

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Odwiedziny w Indiach

W Polsce wesoło, bo właśnie trwa śmigus dyngus. W Indiach celebruje się podobne święto kilka tygodni wcześniej. O Holi, bo tak nazywa się to święto, pisałem pod koniec lutego (kliknij tutaj aby przeczytać tego posta).

Dzisiaj zajmę się tematem odwiedzin w Indiach.

Zasada "Gość w dom, Bóg w dom" przyświeca każdemu znanemu mi obywatelowi Indii. Radość z wizyty bliższych i dalszych znajomych kwitnie na każdym kroku. Można oczywiście umawiać się wcześniej na spotkanie, ale nie ma to jak spontaniczne odwiedziny u niczego nie spodziewających się znajomych.

Przyjechałem do Indii ze skrajnie odmiennej, też obcej mi kultury. Niemcy lubią się spotykać, ale:
  • termin musi być ustalony przynajmniej kilka dni wcześniej
  • 24 h przed spotkaniem na wszelki wypadek potwierdza się wizytę
  • po drodze dzwoni się do odwiedzanych, aby upewnić ich, że jest się już za tym to a za tym skrzyżowaniem
  • starannie planuje się czas, aby pojawić się co do minuty (najlepiej wysłać sobie zaproszenie Outlookiem).
W Indiach każdy co prawda ma Outlooka na komputerze, ale stosuje się go przeważnie, aby zaznaczyć dni wolne od pracy tudzież ważne święta religijne.

Krótko po naszym przybyciu do Indii z Berlina, sympatyczni sąsiedzi zaprosili nas na kolację (natknęliśmy się na siebie na porannym spacerze).
- Siódma pasuje? - upewnił się uprzejmie Gopal.
- Ależ oczywiście! - potwierdziliśmy z radością.

Zgodnie z umową, po niemiecku, minutę przed siódmą stanęliśmy na progu domu Gopala. Jakoś tak dziwnie ciemno w oknach było, ale co tam - pewnie lubią siedzieć po ciemku, skonstatowaliśmy spokojnie.
Punkt siódma nacisnąłem przycisk dzwonka. Odpowiedziała mi głucha cisza... Postaliśmy skonsternowani jeszcze jakieś kilkadziesiąt sekund, aby ponowić próbę. Ding, dong - rozległ się przyjemny dla ucha dzwonek do drzwi. Tym razem coś poruszyło się na piętrze! Świetnie, pomyślałem w duchu. Kto puka, temu będzie otworzone. Faktycznie, w drzwiach pojawił się mały chłopiec z kompletnie zdziwioną miną.
- Cześć, jak się masz? - zagaiłem po przyjacielsku
- Dobrze...
- Przyszliśmy odwiedzić Twoich rodziców.
- Aha???
- Tak, umówiliśmy się z Tatusiem, że wpadniemy do was dziś wieczorem.
- Hm, mama pojechała do sklepu.
- Do sklepu? Aaaa, to my już sobie pójdziemy...

Z nosem na kwintę wróciliśmy do domu. Wystawili nas. Zupełnie jak dzieci daliśmy się nabrać. Ale w końcu jest piątek wieczór. Może nie ruszymy w miasto, ale przynajmniej napijemy się wina, podjemy sera, posłuchamy muzyki. Co tam, w końcu ze sobą było nam zawsze najlepiej. Carpe diem!

Zapomnieliśmy o nieudanym spotkaniu, minęła już dobra godzina od rozczarowującego stania na progu. Wieczór rozpoczął się na dobre. W tle nucił coś świeżo odpakowany Sinatra, ser apetycznie zapachniał na stole, a wino oparło się o ściany kieliszków. Dbał o nas ciepły indyjski wieczór z intensywną poświatą księżyca wpadającego przez okna - cóż można chcieć więcej?

Stuknęliśmy się kieliszkami i wtedy rozległ się dzwonek do drzwi. Ding dong, w drzwiach stanął uśmiechnięty od ucha do ucha Gopal. Kiedy zobaczył kieliszki i świece, minka mocno mu zrzedła.
- Myślałem, że się dzisiaj umawialiśmy? - zapytał niepewnie
- Jasne, byliśmy nawet u Was o siódmej... - odparłem twardo (tak po niemiecku)
- A, o siódmej to ja dopiero z pracy dojeżdżałem do ostatnich świateł przed naszym osiedlem.
- OK, nie ma sprawy, możemy się przecież spotkać innym razem - odparłem, próbując nie palić mostów.
- Jak to, przecież wszystko gotowe, czekamy na Was! - odparł szczerze zdziwiony Gopal.

Trudno się było oprzeć jego zapraszającej, ale i trochę zasmuconej mimice. Zdmuchnęliśmy świece, zamknęliśmy chałupę i ruszyliśmy we trójkę na spotkanie. Dom jaśniał z daleka, w środku pełno ludzi, radość, śmiechy. Impreza faktycznie się udała, a my znowu czegoś się nauczyliśmy.

sobota, 3 kwietnia 2010

Wielkanoc w Indiach (być może bez mazurka)

W Polsce Wielki Piątek zakończy się za kilka minut, a tutaj w Indiach raptem 2,5 godziny do wschodu słońca. Wielką Sobotę zaczynam od rozważań przyziemnych: gdzie dostać niesolone masło? Niesolonego masła potrzeba na masę do mazurka. Bez takiego masła w Święta nie ujedziesz! Jest jeszcze Ghee (indyjska odmiana sklarowanego masła), ale na masę raczej się nie nada... Generalnie problemu z niesolonym masłem nie ma. Jeszcze 2 miesiące temu było dostępne w większości spożywczaków. Hindusi wykupili, dostawy zawiodły. Może ukradkiem pieką mazurki i dlatego niesolonego krowiego produktu brakuje?

Wielki Piątek, oprócz rozważań na temat masła, przyniósł jeszcze jedną konkluzję. Polak w ten dzień uczciwie pracuje (chyba, że sprytnie postarał się o urlop). Większość pokornie idzie do pracy, ciesząc się po cichutku na wolny poniedziałek. Może zrobi się cieplej? Dzieci wyszaleją się, biegając po okolicy z wiaderkami. Dorośli, którzy nie całkiem dorośli, też wykorzystają H2O, żeby poprawić sobie nastrój. Sielanka.

Mel Gibson kręcąc Pasję, skoncentrował się na kluczowym dniu - piątku. Wielki Piątek to wspomnienie ukrzyżowania Chrystusa. Ci którzy wierzą, idą w ten dzień na drogę krzyżową. Najlepiej o 15:00. Ale jak tu iść, kiedy trzeba siedzieć w pracy? Grzech oszukać pracodawcę. Z drugiej strony tradycja nakazuje... Dylemat jak się patrzy!

Nie dla wszystkich. Hindusi, którzy być może pieką też po cichu mazurka, głowy sobie łamać nie muszą. Wielki Piątek jest tutaj dniem wolnym od pracy. W jednym z poprzednich postów (kliknij tutaj) pisałem, że chrześcijan w Indiach jest zaledwie 2,3%. Mimo tego w piątek do pracy się nie idzie i można skoncentrować się spokojnie na pieczeniu mazurka, obrzędach religijnych czy tym, co się człowiekowi wyda akurat ważne.

Skoro już tyle naskrobałem o Świętach, życzę Wam zdrowia i spokoju na nadchodzące dni i natychmiast kładę się spać, bo od wschodu słońca zamierzam skoncentrować się na zdobyciu niesolonego masła!

Jutro napiszę o okrutniku, który jednym dowodem miłości zaistniał na wieki.

środa, 31 marca 2010

Fistaszki biznesowo-podróżnicze: bezpieczeństwo

Tematyka związana z bezpieczeństwem za granicą jest bardzo rozległa. Solidne firmy wysyłając swoich pracowników w niestabilne rejony przeprowadzają szkolenia dotyczące bezpieczeństwa i jeśli to konieczne zapewniają ochronę. Na bieżąco uzupełnia się też firmową mapę świata, blokując służbowe podróże pracowników do najbardziej niebezpiecznych krajów.

W ramach jednego posta trudno umieścić szerokie wskazówki na temat bezpieczeństwa. Jest jednak drobiazg, którym chciałbym się podzielić.

Firma International SOS przysyła mi codziennie alerty dotyczące bezpieczeństwa na wszystkich kontynentach. Oprócz bieżących informacji otrzymuję również prognozę na nadchodzące miesiące, która obejmuje przede wszystkim powtarzające się sytuacje zagrożenia bezpieczeństwa związane przykładowo z kontrowersyjnymi świętami narodowymi w niestabilnych krajach. Dodatkowo można dodać opcję alertów medycznych, które informują o ryzykach natury zdrowotnej takich jak ogniska chorób itp. Jeżeli firma wysyła Cię do krajów o podwyższonym ryzyku, warto domagać się dostępu do tego typu rozwiązań.

Prywatne ubezpieczenie tego typu kosztuje dla Indii 159 USD. Obejmuje okres do 180 dni.

PS. Obecnie International SOS radzi unikać następujących rejonów: Jammu, Kaszmir, Asom (Assam), Manipur, Chhattisgarh, Tripura, Bihar oraz Nagaland (ryzyko kontaktu z różnymi grupami separatystów). W pozostałych częściach Indii zagrożenia mają charakter incydentalny.

poniedziałek, 29 marca 2010

Fistaszki biznesowe: wypoczynek (Kerala)

W poprzednim tygodniu umieściłem krótki filmik o Indiach reklamujący ten kraj (kliknij tutaj, aby przeczytać tego posta). Od czasu do czasu w ramach fistaszków biznesowych będę pokazywał nietuzinkowe miejsca, które można odwiedzić w ramach zasłużonego urlopu po ciężkiej pracy.

Kerala określana jest przez tubylców krainą bogów. Coś w tym jest. Tajemnica polega na tym, że lokalni mieszkańcy maja w zwyczaju zarabiać ciężkie pieniądze za granicą (większość podróżuje w tym celu do Dubaju i Stanów Zjednoczonych), które prawie natychmiast inwestowane są w idylliczną okolicę, oferując turystom z całego świata niezapomniane wrażenia.

Ramada Resort Cochin
Blog ma charakter krótki, więc ograniczę się tutaj jedynie do polecenia hotelu, w którym można spokojnie zaplanować kilka dni okraszonych zabiegami ajurwedy, najprzedniejszymi owocami morza i kojącymi wyprawami po rajskiej sieci ponad 40 rzek, kilku ogromnych jezior oraz niezliczonych kanałów wodnych zwanych "backwaters". Ramada Resort Cochin oferuje dwie kategorie pokoi. Warto zdecydować się na domki z widokiem na backwaters, aby każdy poranek zaczynać od podziwiania spektakularnego wschodu słońca. Dojazd do najważniejszych atrakcji samego miasteczka Cochin, w którym m.in. wylądował Vasco da Gama to około 40 minut. Stronę internetową hotelu znajdziesz tutaj. O Kerali można przeczytać więcej klikając tutaj.

Udanego wypoczynku!

PS. Do Kerali najłatwiej dotrzeć samolotem. Przykładowe połączenie z Europy to przelot Lufthansą do Bangalore i dalej liniami Kingfisher do Cochin.

Expat w Indiach - podsumowanie tygodnia

Minął kolejny tygodzień blogowania o Indiach, podczas którego zajmowałem się głównie fistaszkami biznesowo-podróżniczymi, czyli wskazówkami czego się spodziewać i jak sobie z tym radzić:
  1. Survival w Indiach
  2. Wszechobecny hałas
  3. Pikantne jedzenie
  4. Szczepienia
  5. Nieznośny upał
  6. Dzieci ulicy
  7. Tenis z komarem 
Umieściłem też dodatkowy post w sprawie Dąbek pod tytułem: Dalej Cię Bracie nie mogło ponieść?
    Najczęściej odwiedzane posty z poprzednich tygodni:
    1. Rytułały w Indiach: troska o potomstwo
    2. Punktualny Hindus
    3. Indie krajem biedaczków?
    Zapraszam na kolejne 7 dni z Indiami.

    niedziela, 28 marca 2010

    Fistaszki biznesowo-podróżnicze: tenis z komarem

    Ostatni post tego tygodnia poświęcę... komarowi. W Polsce na dobre zawitała wiosna, więc może Ci, którym komary już niedługo zaczną dokuczać, również skorzystają czytając tego posta.

    Indie aspirują wysoko nie tylko biznesowo (o czym pisałem już tutaj i także tutaj). Kraj ten szykuje się do sportowej dominacji na świecie. Vijay Mallya posiada już swój zespół formuły pierwszej (India Force), a Sania Mirza idzie w ślady Vijaya Amritraja, który pojedynkował się w latach siedemdziesiątych z takimi tuzami tenisa jak Jimmy Connors, Ivan Lendl czy John McEnroe.

    Co mają z tym wspólnego komary?

    Oprócz sprayów, kremów, siatek i różnego rodzaju rozpylaczy, na wszystkich targowiskach w Indiach pojawiła się rakieta do gry z komarami! Większość mieszkańców tego kraju (łącznie za mną) poza bezgranicznym zainteresowaniem krykietem, posiada lub ma w planie zakup rakiety do gry w tenisa z komarami. Produkt można obejrzeć odtwarzając poniższy filmik.



    Z komarami bywa tak, że nie wiadomo co jest bardziej uciążliwe: nocne brzęczenie nad uchem czy ukłucie uwieńczone swędzeniem. Zamiast zastanawiać się nad tego typu dylematami, warto zaopatrzyć się w elektryczną rakietkę i trenować uderzenia z forehandu i backhandu nawet całą noc. Jak to działa? Popatrzcie:



    Powodzenia!

    PS. Tym, którzy nie planują kariery tenisowej, polacam sprawdzony w każdych warunkach spray NOBITE.

    sobota, 27 marca 2010

    Fistaszki biznesowo-podróżnicze: dzieci ulicy

    Indie to kraj ogromnych kontrastów. Z jednej strony miliarderzy, o których pisałem tutaj, z drugiej zatrważająca bieda widoczna w wielu miejscach. Popatrzcie sami:



    Według oficjalnie opublikowanych informacji, 27,5% społeczeństwa żyje poniżej granicy ubóstwa (ostatnie dostępne dane pochodzą z roku 2005). Liczba ubogich maleje. Dla porównania w latach 1977–1978 wynosiła 51,3%, a w latach 1993-1994 około 36% (źródło informacji: Planning Commission - Government of India). Nie zmienia to jednak faktu, że ubóstwo w Indiach dotyka populację przekraczającą siedmiokrotne liczbę mieszkańców Polski.

    Wyobraź Sobie, że idziesz zatłoczoną ulicą w Indiach. Nagle z każdej strony podbiegają do Ciebie dzieci. Każde z nich ma szeroko otwarte, błyszczące oczy. Wieszają się na Tobie jedno po drugim. Jest ich tyle, że nie możesz się ruszyć. Wyciągają ręce po kilka rupii. Dwadzieścia metrów dalej widzisz faceta, ktory nakierował na Ciebie te Bogu ducha winne istoty. Co zrobisz?

    czwartek, 25 marca 2010

    Dalej Cię Bracie nie mogło ponieść?

    Mając perspektywę hałasu, pikantnego jedzenia, chaotycznego ruchu drogowego i serii szczepień zalecanych na wyprawę do Indii, można się słusznie zacząć zastanawiać po cóż się męczyć. Może lepiej i prościej będzie do Dąbek?

    W lipcu zeszłego roku przypadkowo spotkałem w swoim rodzinnym mieście sympatycznego inżyniera Z.

    - Adamie, dawno Cię w rodzinnym mieście nie było! Co u Ciebie słychać?
    - Mieszkam w Indiach...
    - ???
    - Tak w Indiach, w Bangalore
    - Dalej Cię Bracie nie mogło ponieść?
    - Tak się jakoś zawodowo złożyło...
    - Bracie, ja co roku do Dąbek jeżdżę! Szmat drogi! A Ty w Indiach Bracie? Musisz? Nie dało się bliżej? Dąbki tak daleko, a Ty w Indiach?

    Trudno podważyć urok Dąbek. Szczególnie, gdy co roku plażuje się w Dąbkach. Dąbki prawie jak drugi dom. I fajnie Panie inżynierze.

    Z tym że w Indiach też fajnie:

    Może jednak warto ten jeden jedyny raz nie do Dąbek?!

    PS. Kłaniam się Panie inżynierze!

    wtorek, 23 marca 2010

    Fistaszki biznesowo-podróżnicze: pikantne jedzenie

    Sztuka kulinarna Indii zawdzięcza swoje bogactwo współistnieniu i oddziaływaniu na siebie rożnych kultur i religii. Jednym ze sposobów uszeregowania mapy kulinarnej tego kraju jest podział zgodny z kierunkami świata.

    Kuchnia północy ma korzenie muzułmańskie, będąc bogata w potrawy z mięsa baraniego, koziny oraz drobiu. Na wschodzie dominuje kuchnia bengalska. Najpopularniejsze potrawy to ryż, soczewica oraz ryby. Rarytasem wartym grzechu są słodkie kulki serowe (rasgulla). Na południu rozwinęła się kuchnia wegetariańska. Potrawy są znacznie ostrzejsze (uwaga na niepozornie wyglądające, ale wyjątkowo ostre biznesowe lunche i kolacje). Mieszkańcy tego regionu spożywają je tradycyjnie palcami prawej dłoni (proszę nie brać potraw do lewej ręki). Do większości potraw dodaje się miąższ i mleczko z kokosów. Posiłek kończy się potrawą z ryżu i jogurtu, która łagodzi ostrość piekących podniebienie potraw. Na śniadanie polecam wypróbować chrupiącą dosę (rodzaj naleśnika z mąki ryżowej). Należy również pamiętać, że mięso spożywają tutaj prawie wyłącznie chrześcijanie i muzłumanie. Ci ostatni potrafią przyrządzić prawdziwy rarytas - biryani z baraniną. Południe Indii słynie również z dobrze palonej, aromatycznej kawy. Na zachodzie przeważają kuchnia goańska i bombajska. Ta pierwsza podlegała przez długi czas wpływom portugalskim i do dzisiaj oferuje szeroki wybór świetnie przyrządzonych owoców morza. Do najbardziej znanych potraw kuchni z Bombaju należy apetyczna bombajska chałwa. Mógłbym tak bez końca. Palce lizać!

    Mój sposób na przyzwyczajenie się do niewiarygodnie pikantnej kuchni w Indiach? Podczas studiów w Helsinkach mieszkałem ze studentem z południowych Indii, który co wieczór szykował okrutnie ostre potrawy - dzieląc się ze współlokatorami. Przez pierwsze kilkanaście dni przyznam szczerze nie czułem smaku. Ogromne ilości curry i chili okrutnie paliły podniebienie. Po trzech tygodniach poczułem smak. Absolutna rewelacja!

    Jeżeli nie masz w zasięgu hinduskiej rodzinki, która od czasu do czasu chętnie zaprosi Cie na kolację, zacznij odwiedzać indyjskie restauracje. Proś o przyprawienie na modłę indyjską. Dodadzą i tak tylko połowę przypraw, które umieściliby w swoim garnku, ale dobre i to.

    Oto kilka dodatkowych wskazówek:

    Spożywanie wszelkiej postaci wody niewiadomego pochodzenia może mieć zdrowotne konsekwencje, które bezpowrotnie uprzykrzą Ci pobyt w Indiach (nawet na kilka dni). Dotyczy to tak kostek lodu w napojach jak i warzyw płukanych w "kranówce". Te wskazówki nie mają oczywiście zastosowania w pięciogwiazdkowych restauracjach i hotelach. Odradzam również kupowania butelek z wodą na straganach. Jeżeli istnieje już taka konieczność, warto sprawdzić czy zabezpieczenie zakrętki nie zostało przerwane.

    Indie kuszą turystów pachnącymi i niewątpliwie smakowitymi potrawami oferowanymi na ulicznych straganach. Jeżeli przyjeżdzasz tutaj na mniej niż miesiąc, nie warto ryzykować. Spokojnie można natomiast korzystać z ze znanych w Europie sieci restauracyjnych i polecanych przez znajowmych lokali. Przy zamówieniu należy poprosić o mniej pikantne przyrządzenie potrawy. Zostanie to przyjęte z całkowitym zrozumieniem. W końcu to nie pierwszy obcokrajowiec w ich restauracji! Warto posiłkować się mieszaniem indyjskich potraw z ryżem, popijając przykładowo smacznym mango lassi (rodzaj kefiru). To znacząco zredukuje odczuwalną ostrość potrawy i pozwoli jeszcze bardziej cieszyć się wyjątkowo smaczną kuchnią indyjską.

    Powodzenia!

    niedziela, 21 marca 2010

    Fistaszki biznesowo-podróżnicze: survival w Indiach

    Ktoś słusznie stwierdził, że Indie można pokochać albo szczerze znienawidzić.

    Wyobraź Sobie upalne przedpopołudnie. Poprzednia noc przemęczona w międzykontynentalnym samolocie. Udało Ci się raptem zasnąć na kilkanaście minut. W głowie nadal szum silników i osłabiające zmęczenie. Żeby nie marnować czasu, ruszasz w miasto. Twój hotelik stoi przy ruchliwej dwupasmówce. Kierujesz się w stronę przystanku autobusowego po drugiej stronie ulicy:



    Uff, udało się. Wszystkie części ciała nadal na swoim miejscu. Wystarczy wsiąść do autobusu, który właśnie nadjeżdża:



    Chaotyczny ruch uliczny (o którym pisałem także tutaj), to tylko skromna uwertura do tego, co jeszcze spotka Cię pierwszego dnia w Indiach!

    Spokojnie możesz liczyć na wszechobecny hałas, niewiarygodnie ostre jedzenie, uciążliwy upał, tnące insekty, nieprzyjemne zapachy, zanieczyszczenie powietrza, napastliwych żebraków i przytłaczające tłumy ludzi...

    Otwarty umysł i chęć poznania kraju to zdecydowanie za mało, żeby sobie z tym wszystkim poradzić. Ci, którzy przyjeżdżają na urlop, pocieszają się tym, że już powiedzmy za dwa tygodnie wrócą do "normalności". Ci z kolei, którym przyszło w Indiach mieszkać i pracować, próbują uciekać na urlopy choćby do bardziej cywilizowanych części Azji, a zdecydowanie najlepiej do Europy!

    Przez kolejne siedem dni (w ramach fistaszków biznesowo-podróżniczych) zajmę się adaptacją w Indiach. Opowiem kilka anegdnot, ale przede wszystkim o tym, jak praktycznie radzić sobie z hałasem, pikantnym jedzeniem oraz wszystkimi innymi niedogodnościami, które mogą Cię spotkać w tym wyjątkowo ciekawym kraju. Porady znajdą zastosowanie tak dla podróżników, jak i dla tych, którym (podobnie jak mnie) przyszło cieszyć się Indiami dłużej niż miesiąc czy dwa tygodnie.

    Zapraszam serdecznie!

    środa, 17 marca 2010

    Pogoda w Indiach

    Marzec dobiega końca, a w Polsce kolejne opady śniegu. Tych, którym kończąca się zima dała szczególnie w kość, zapraszam do dalszej lektury.

    Zamiast taplania się w błocie pośniegowym, dzień w Bangalore wita nas błękitnym niebem. Temperatura 19°C zachęca do trochę dłuższego niż zwykle porannego spaceru. Po drodze upajamy się cieplutkimi promieniami słońca. Do śniadania dodamy świeże kawałki ananasa, pierwsze w tym roku owoce mango i kilka karmazynowych kostek arbuza...

    Przed wyjazdem do pracy nie trzeba będzie w pośpiechu suszyć głowy. Włosy wyschną po drodze. Pozbawione chmur niebo wyjątkowo pozytywnie nastraja do życia. 

    Oto pogoda na nadchodzące dwa dni (źródło: onet.pl):

    Czwartek, 18.03.2010
    32 19 °C
    1010 hPa 
    Śnieg:0.0 mm
    Deszcz:0.0 mm
    Wiatr: 10 km/h 

    Piątek, 19.03.2010
    32 18 °C
    1009 hPa 
    Śnieg:0.0 mm
    Deszcz:0.0 mm
    Wiatr: 6 km/h 

    Jeżeli nie przemawia do Ciebie słońce, niebieskie niebo i delikatny podmuch wiatru, zajrzyj na posta o podatkach!

    poniedziałek, 15 marca 2010

    Fistaszki biznesowe: asertywność

    Choć asertywność może być silną cechą Niemców i Amerykanów, u indyjskich kolegów i koleżanek ujawnia się wyjątkowo rzadko. Nie widać jej ani na oficjalnych spotkaniach, ani na konferencjach telefonicznych. Generalna zasada jest taka: dla zachowania twarzy spróbujmy zgodzić się na wszystko, a potem się zobaczy (dowiedz się więcej na temat przytakiwania, czytając posta „Yes czyli tak?”). Pewni siebie Europejczycy lub Amerykanie zorientują się dopiero po czasie, a oficjalna rozmowa obędzie się bez nieprzyjemnych akcentów.

    Jeżeli wymagania były zbyt wygórowane, po spotkaniu odbędzie się hinduska runda, na której poubolewa się nad stanem rzeczy i wskaże punkty, których mimo obietnic zrealizować się nie da. Gra w kotka i myszkę dopiero się zaczyna!

    PS. Wyjątkiem od reguły jest tradycyjnie Ganesh (kliknij tutaj, aby o nim przeczytać).

    sobota, 13 marca 2010

    Kolej w Indiach

    Rodzina niezbyt zamożnego znajomego z Bangalore wybrała się tydzień temu do Bombaju. Pociąg miał nieplanowane trzygodzinne opóźnienie, które przedłużyło czas podróży do 27 godzin.

    Indyjska kolej ma w sobie coś fascynującego. Wszystko zaczęło się w roku 1853, kiedy to Brytyjczycy postanowili zrewolucjonizować ten bogaty w przyprawy i surowce naturalne kraj. Przez następne póltora wieku indyjska kolej osiągnęła monstrualne rozmiary:
    • 1,6 miliona pracowników
    • 200 tysięcy wagonów towarowych
    • 50 tysiący wagonów osobowych
    • 8000 lokomotyw
    • 6909 stacji kolejowych
    • 63 tysiące kilometrów torów (z tego 42 % pokrytych trakcją elektryczną)
    Od momentu ogłoszenia niepodległości w 1947 roku, długość torów powiększyła się o niewiele ponad 10 tysięcy kilometrów (dla porównania sąsiadujące Chiny rozbudowały w tym samym czasie swoją sieć kolejową dodając aż 30 tysięcy kilometrów).

    O ile Chiny stawiają na rozwój szybkiej kolei z maksymalnymi prędkościami dochodzącymi do 350 km/h, to indyjskie koleje zachowują bardziej tradycyjny charakter, nie koncentrujący się na jak najszybszym pokonaniu danego odcinka. Nacisk kładzie się raczej na poprawianie komfortu podróżowania.

    Absolutnym fenomenem są luksusowe pociągi takie jak "Palace on wheels", przewożące turystów zwiedzających jeden z najpiękniejszych rejonów Indii - Radżastan.

    Podróżowanie koleją w Indiach stanowi z pewnością ciekawą alternatywę dla przemieszczania się samochodem, które opisałem w jednym z poprzednim postów (kilknij tutaj).

    Na koniec anegdota: liczba podróżujących indyjskimi kolejami zwiększa się z każdym dniem (obecnie to około 20 milionów pasażerów dziennie). Rosnące zapotrzebowanie prowadziło wielokrotnie do frustracji podróżujących, którzy nie zdołali się dostać do i tak już przepełnionych pociągów. Sprytni urzędnicy zatrudnieni na kolei postanowili ułatwić życie dziesiątkom tysięcy poszkodowanych, rozszerzając składy pociągów osobowych o kilka dodatkowych wagonów. W efekcie rzadko kiedy pociąg mieści się na całej długości platformy kolejowej i trzeba z niego wysiadać kilkadziesiąt metrów od peronu.

    Bon voyage!

    Expat w Indiach - podsumowanie tygodnia

    Minął kolejny tygodzień blogowania o Indiach. Oto podsumowanie postów:
    1. Jamshetji - symbol przedsiębiorczości
    2. Indie - gdzie mieszkać?
    3. Fistaszki biznesowe: bądź gburem lub powiększ rozmiar skrzynki emailowej!
    4. Indie - jedziemy samochodem do cioci Praveeny
    5. Indie w objektywie: susza
    6. Indie krajem biedaczków?
    7. Miłość w Indiach
    Najczęściej odwiedzane posty z poprzednich tygodni:
    1. Dziewczynka z Indii
    2. Punktualny Hindus
    3. Indie a Polska
    Zapraszam na kolejne 7 dni z Indiami.

    wtorek, 9 marca 2010

    Indie - jedziemy samochodem do cioci Praveeny

    O sporym potencjale gospodarczym Indii pisałem w jednym z poprzednich postów. Niepohamowany wzrost prowadzi do zintensyfikowania konsumpcji wszelkiego rodzaju dóbr materialnych. Piszę tego posta w samochodzie, więc dziś będzie o ruchu drogowym.

    Proszę sobie wyobrazić srebrny, lśniący nowością pojazd Suzuki Maruti Swift. Wsiadamy do samochodu. Za kierownicą nasz kierowca Prakesh, ubrany w biały kubraczek z lśniącymi srebrnymi guzikami. Obok kierowcy usadowi się pan domu, biorąc na kolana dwójkę młodszych dzieci - po drodze będzie co oglądać, a widok z przednich siedzeń najlepszy. Dzieci na przednim siedzeniu zaczynają bawić się pasem, który beztrosko będzie zwisał już do końca podróży. Do tyłu wsiądzie straszy synek, babcia, pani domu i dziadzio. Na kolana załapie się jeszcze dwójka pociotków. Wsiada się łatwo, wślizgując się po folii na siedzeniach. Samochód ma dopiero kilka miesięcy, więc warto ochronić tepicerkę przed nadmiarem kurzu. Dziadzio z uznaniem zauważy, że zaradny pan domu schował za oparcie dolne elementy pasów bezpieczeństwa, które zdecydowanie obniżały komfort podróżowania uciskając cztery litery.

    Kierowca spokojnie odpali maszynę. Wszyscy z nadzieją spojrzą jednocześnie na figurkę Ganesha. Można ruszać! Z bramy wydostajemy się na główną dwupasmówkę, z której już wcześniej słychać było warkot autobusów i kakofonię klaksonów. Ponieważ w naszą stronę zbliża się tylko 7 motocykli, spokojnie można wyjeżdżać. Zahamują.

    Dwupasmowy dywan asfaltowy rozszarza się. Na trzech wyimaginowanych pasach najczęściej bez problemu znajdzie się miejsce dla 4 samochodów, rykszy, dwóch motorków i rowerzysty (wszyscy w jednej linii). Ponieważ na drodze jest bardzo ciasno, większość kierowców składa lusterka boczne. Nie niszczy się na nich lakier, lustro pozostaje nienaruszone na wypadek, gdyby zaszła potrzeba poprawienia kruczo czarnego przedziałka kierowcy. Jedzie się do przodu, po cóż spoglądać do tyłu? Zagęszczenie pojazdów wymaga ciągłego ostrzegania się nawzajem. Prakesh z klaksonu korzysta kilkanaście razy na minutę. Każdy kierowca w Indiach dysponuje wysoce zaawansową telepatią. To klucz do bezwypadkowej jazdy. Droga szeroka, jednokierunkowa niesie nas wespół z rojem innych pojazdów. Nagle pod prąd nadjeżdża ogromna, wymalowana w kwiaty ciężarówka. Nie ma problemu, trzeba było skrócić sobie drogę do najbliższego zjazdu. Dookoła samochodu motory. Na każdym przynajmniej po trzy osoby, cztery, może pięć? Panie obowiązkowo siedzą bokiem. Jazda okrakiem nie przystoi.

    Jak dobrze mieć samochód. Nie trzeba się rozstawać na czas podróży - jak w autobusie - kobiety i dzieci z przodu, mężczyźni z tyłu. Posty w blogu nie mogą być zbyt długie, więc skręcimy lekko w prawo - na przeciwny pas. Co prawda pod prąd, ale znacznie szybciej dojedziemy do cioci Praveeny. Kierowca pozwoli nam wyślizgnąć się z pojazdu, uśmiechając się serdecznie. Dostanie 30 rupii. Pojedzie sobie na chrupiącą dosę warzywną, a my hyc na pięterko - na biryani do cioci Praveeny. Okna u cioci wychodzą na ulicę, którą przyjechaliśmy. W dole taki widok:


    Cała rodzina cieszy się już na powrotną drogę. Zabierzemy ciocię Praveene na krótko do siebie. Posiedzi siedem tygodni, aby następnie wybrać się w kilkumiesięczne odwiedziny do kuzynostwa z Delhi...

    PS. Podobało się? Kliknij na inne posty, aby dowiedzieć się więcej o tym fascynującym kraju.